Długa droga...
Do wypromowania elektrycznych wehikułów. Oglądam Long Way Up z Ewanem McGregorem i jest ciekawie. Jak ktoś umie robić show, to się będzie oglądało. Serial jest o wyprawie na motorach, elektrycznych, przez całą Amerykę Południową do Stanów. Najbardziej chodzi w tym wszystkim oczywiście o wypromowanie pojazdów elektrycznych. Rzuca się w oczy jak bardzo wszyscy chcą mieć w tym udział, bo najwyraźniej firmy z branży nie narzekają na brak funduszy. Jedna, specjalnie dla serialu, zbudowała sieć stacji ładowania przez cały kontynent. Gdzie, umówmy się, jeszcze długo niewielu (nikt?) z nich skorzysta. Pojazdy te są bowiem drogie, mają słaby zasięg, a i żywotność baterii raczej nie przekonuje.
Podobało mi się jak już na początku trzeba było Ewana holować, bo mu się motor wyładował tuż przed „metą”. Innym razem ładowali motocykle za pomocą agregatu napędzanego ropą. W pełni eko. Super było też wchodzenie z motorami do domów/hoteli/restauracji, bo na dworze za zimno na ładowanie. Zdecydowanie ta technologia jest już wystarczająco rozwinięta, żeby nie być dla użytkownika problemem.
Kolejnym problemem była awaria komputera, przez co nie można było włączyć motoru Ewana i sobie pojechał na lawecie. Jak to mówił mój wujek, więcej elektroniki, więcej bólu głowy.
Show ogólnie działa. Motocykle wydają dźwięki jak pojazdy z Gwiezdnych Wojen, co w połączeniu z Ewanem daje fajny efekt. A i Ameryka Południowa jest piękna. Autorzy starają się, żeby trasa przebiegała przez najbardziej malownicze i ciekawe tereny.
Nie mogłoby jednak być tego typu programu bez sztucznego dramatu. Wiele razy bohaterowie muszą zdążyć na prom czy łódkę, a towarzyszy temu napięcie jak przy grze w szachy. Naprawdę, mogliby już sobie z tym dać spokój w TV. Pokazali też trochę tego za czym u nas się tęskni starszym ludziom. Kombinowania. Ameryka Południowa to miejsce, gdzie musisz wiedzieć z kim i jak zagadać, wtedy osiągniesz to co chcesz.